Obniżka! Cywilizacja nr 11 'O sztuce' Zobacz większe

Cywilizacja nr 11 "O sztuce"

Czym jest sztuka? Co jest istotą sztuki? Jak rozumieć piękno? Jakie są kryteria rozumnego tworzenia? Na te i na inne pytania udzielają odpowiedzi autorzy "Cywilizacji" w kolejnym, jedenastym już numerze tego pisma. Oprócz rozważań z dziedziny filozofii sztuki autorzy obejmują także refleksją problem antysztuki i jej przejawów, genezy i skutków, a także problem roztropności, czyli odpowiedzialności w sztuce oraz związek sztuki z pedagogiką. W numerze tym piszą m.in.: o. M.A. Krąpiec Od pomysłu do wykonania - dzieło sztuki, P. Jaroszyński Między pięknem transcendentalnym a estetycznym, H. Kiereś Pedagogika a sztuka, J. Bartyzel Zbawienie przez teatr?. Soteriologiczny horyzont sztuki w mesjanistycznym nurcie polskiej myśli teatralnej, Br. M. Urbaniak Kolorem przybliżali Boga, J. Duda-Gracz Rozważania na przełomie wieków, czyli o konieczności wyboru sztuki między dyktaturą babuni a niepodległością peryferii, M. Owsiany Sztuka między oknem a lustrem, P. S. Mazur Roztropność w sztuce, T Mazur Śpiewam dzieło snycerza.



Cywilizacja nr 11 "O sztuce", ISSN 1643-3637, Fundacja Servire Veritati. Instytut Edukacji Narodowej, Lublin 2004, ss. 256, B5, miękka oprawa

Wysyłka w przeciągu 1-5 dni roboczych

Więcej szczegółów

8,00 zł brutto

-10,00 zł

18,00 zł brutto

Dodaj do listy życzeń

Więcej informacji

Czym jest sztuka? Co jest istotą sztuki? Jak rozumieć piękno? Jakie są kryteria rozumnego tworzenia? Na te i na inne pytania udzielają odpowiedzi autorzy "Cywilizacji" w kolejnym, jedenastym już numerze tego pisma. Oprócz rozważań z dziedziny filozofii sztuki autorzy obejmują także refleksją problem antysztuki i jej przejawów, genezy i skutków, a także problem roztropności, czyli odpowiedzialności w sztuce oraz związek sztuki z pedagogiką.

Spis treści

 

 Tytułem wstępu…

 

Arkadiusz Robaczewski W poszukiwaniu racji sztuki

 

Myśl CYWILIZACJI

 

o. Mieczysław A. Krąpiec OP Od pomysłu do wykonania – dzieło sztuki

 

Służyć PRAWDZIE

 

Piotr Jaroszyński Między pięknem transcendentalnym a estetycznym. Doskonaląca rola piękna

O genezie i istocie antysztuki – z prof. Henrykiem Kieresiem rozmawia Arkadiusz Robaczewski

Zbigniew Pańpuch Miejsce sztuki w życiu moralnym człowieka w ujęciu Platona

Jerzy Duda-Gracz Rozważania na przełomie wieków, czyli o konieczności wyboru sztuki między dyktaturą babuni a niepodległością peryferii [fragment]

Okrągłe daty i rocznice są nieodwołalne i przypadkowe, ale prowokują do refleksji, podsumowań i prognoz. Dlatego, wchodząc w nowy czas, może warto, abyśmy obejrzeli się za siebie, chociaż faktów już nie zdołamy zmienić.

Jak wielu z nas, jestem przywiązany do tego co własne, bliskie, lokalne, zanurzając się w polskość malarstwa, muzyki i literatury, od sarmackich „Trumniaków”, poprzez Chopina do Gombrowicza. Dlatego nie mogę oprzeć się pewnemu zawstydzeniu, że nasze narodowe grzechy nie dotyczą tylko społeczeństwa i państwa, ale odciskają swoje piętno także na kulturze i sztuce. Tworzone od stuleci perły architektury, rzeźby i malarstwa, słusznie traktowane jako wizytówki kulturowej więzi Polaków z Europą, są jednocześnie dowodem naszych kompleksów i niedowartościowania, bo w swojej znakomitej większości są z importu; są dziełem rąk i umysłów obcych artystów.

Z tego co własne zostało niewiele. Szczątki odgrzebanych, słowiańskich grodów, trochę pałaców, zamków i klasztorów, parę drewnianych kościółków czy resztki staropolskich dworów.

Nie ceniliśmy sobie siebie, skoro już ojciec naszej literatury imć Pan Rej z Nagłowic przekonywał „postronne narody”, że „Polacy nie gęsi i swój język mają”. Najświatlejszy polski król, Stanisław August, do malowania konterfektów zapraszał maestro Bacciarellego, mając pod bokiem dworskich rezydentów i powiatowych mistrzów sarmackiego portretu, a romantyczny wieszcz Juliusz rzucał obelgi, w zniewoloną już, Matkę – Ojczyznę: „pawiem narodów byłaś i papugą”.

Dopiero utrata niepodległości w XVIII wieku, upadek i rozbiory państwa wymusiły manifestowanie polskości. Rekompensata nieobecności Polski na mapie politycznej była możliwa tylko dzięki kulturze i sztuce.

Dowodzi tego cały wiek XIX i początki ubiegłego stulecia nacechowane dynamicznym rozwojem polskiej kultury i sztuki. Od Petersburga poprzez Wiedeń, Monachium, Berlin, Rzym, Paryż i Londyn, aż do Nowego Jorku polscy artyści święcili tryumfy na świecie, obsypywani najwyższymi zaszczytami.

Wraz z odzyskaniem niepodległości dobrowolnie uzależniamy się od obcych, cierpiąc na chorobę nieodwzajemnionej miłości. Tak było w 1918 i tak jest obecnie. Bo kiedy znów, w 1989 roku, „wybiliśmy się na niepodległość” nasze polskie marzenia o wolności i wspólnocie z Europą i „ukochaną” Ameryką na czele, odebrały nam rozum.

Bezkrytycznie, wciąż nienasyceni, pakujemy sobie w polski „czerep rubaszny” wszelkie śmieci: mundurową modę na anglojęzyczny bełkot, głupotę reklam i mediów oraz uległość kultury wobec podkultury. Uwierzyliśmy nawet, że jesteśmy mocarstwem, jako agresor plącząc się w wojnę z Irakiem. Potulnie godzimy się na fałszowanie i paskudzenie sobie historii, tradycji, obyczajów a nawet kuchni, czego np. nie robią Japończycy, szeroko otwarci na postęp świata i szczelnie przed nim zamknięci w swojej historycznej narodowej odrębności. W przeciwieństwie do nas nie obawiają się pomówień o ksenofobię i nacjonalizm.

Również na obszarze sztuki w Polsce wskutek transformacji ustrojowej nastąpiło szereg zmian, w wyniku których, zamiast oczekiwanej wolności tworzenia i swoistego pluralizmu artystycznego, mamy do czynienia z dominującym i coraz bardziej powszechnym zjawiskiem awangardy oraz problemem „doganiania Europy”, przed czym ostrzegał W. Gombrowicz – jak się okazało – na próżno.

W praktyce bowiem znaczy to, że w sztuce wartościowe jest tylko nowe, a odrębność jakakolwiek od „norm europejskich” to peryferyjne odszczepienie. (W ten sam sposób, w czasach śp. Związku Radzieckiego wynarodawiano np. obywateli Ukrainy. Kto nie chciał mówić po rosyjsku, lecz swoim ojczystym, ukraińskim językiem, „był prosto mużiyk”, chłop, wiejski cham).

Chciałbym nieco rozwinąć tę kwestię, dlatego cofnijmy się w czasie do połowy XIX stulecia, kiedy to wraz z ideami proletariatu, socjalizmu, syjonizmu i internacjonalizmu pojawiły się w europejskiej sztuce pierwsze próby zburzenia fundamentów i tradycji cywilizacji łacińskiej. Z różnych powodów, ale zawsze w imię postępu, zaczęto deprecjonować klasyczne kanony, z których dotąd czerpała wciąż nowe i żywe inspiracje kultura i sztuka w momentach schyłku i stagnacji.

Tym samym rozpoczął się proces rozpadu wzorców i kryteriów, których negatywnym symbolem w plastyce był tzw. akademizm (i Akademia!) czyli rzetelna i wymierna wiedza artystyczna oraz porównywalne umiejętności i wartości. Podobnie, rozpoczął się proces podważania w sztuce jej przesłania, czyli treści, albo jeszcze inaczej – tego co w niej ideowe, religijne, historyczne, a przede wszystkim narodowe. Uznano to za zbędny, literacki i dydaktyczny balast obciążający artystyczny postęp i międzynarodowy charakter sztuki, która miała być „czysta”, czyli wolna od wszystkiego, co nieformalne.

Kolejno ofiarą padły kwestie warsztatowe czyli problemy podstawowej wiedzy, techniki i technologii. W ten sposób zachwiano fundamentami, z których plastyka w ogóle się wywodzi. (Warto pamiętać, że kiedy była jeszcze cechowym rzemiosłem, powstawały arcydzieła, którym niewielu nawet wielkich twórców bez warsztatu potrafiło by sprostać).

Na koniec mamy do czynienia ze zjawiskiem, gdzie ludzie stają się w oczach krytyków i artystów nierozumnymi głupcami. W konsekwencji dzisiaj człowiek w ogóle nie istnieje jako adresat sztuki, bo uważa się go za zbyt prymitywnego, aby ją pojął.

Chociaż był to proces prawie 50-letni, licząc od lat siedemdziesiątych XIX wieku, aż do tryumfu w latach 20. XX stulecia, miał on wszystkie cechy rewolucyjnej, nowotworowej choroby sztuki. Założenie, że to co nowe, jest lepsze niż stare, spowodowało lawinowe powstawanie nowych stylistyk i tzw. „izmów”, czyli działań, summa sumarum odrywających twórczość od tradycji i jej korzeni.

W harmonijnym dotychczas rozwoju sztuki nastąpiło pomieszanie pojęć, gdzie przy pomocy aspiracji „naukowych”, filozoficznych, metafizycznych, socjologicznych twórcy próbowali dowodzić równoległości swoich dokonań z postępem technologiczno-cywilizacyjnym.

Czasem miało to charakter obłędu, kiedy któryś z nowatorów-paranoików domagał się spalenia Luwru.

Według kryteriów awangardy, jako rzekomo jedynej możliwości postępu w sztuce, powinniśmy przyjąć, że Giotto, Rembrandt czy Velasquez byli gorsi niż Celnik Rousseau, Picasso i Warhol, a Matejko, Malczewski i Wyspiański bardziej nieudolni niż Nikifor, Dominik czy Tarasewicz.

Apogeum nowości to wspomniane lata 20. i „szkoła paryska” najprawdziwsza międzynarodówka sztuki, gdzie już było nieistotne jak, co i dlaczego? Istotne było jedno: sztuka miała być nowoczesna. Rewolucja radziecka nim nastał stalinowski socrealizm, wyzwoliła kolejne erupcje sztuki nowej, wolnej, proletariackiej i antyburżuazyjnej, ale rychło pogoniła swoich wyznawców na emigrację. Dokąd? Oczywiście, że do gniazda burżuazji – Europy. Europy kapitalizmu, monarchii, religii, Europy narodów.

Jak wiadomo, Europa eksplodowała ideami rewolucyjnego nowatorstwa. Tak oto mija prawie 100 lat od tamtych wydarzeń, kiedy sztuka stała się ofiarą własnego postępu, a rewolucja jak zawsze zjada własne dzieci.

Chciałbym w tym momencie przypomnieć z tytułu wykładu ową dyktaturę babuni. Wbrew pozorom wcale nie mam ochoty na żarty i dowcipkowanie. W swoim czasie prof. Maria Rzepińska sformułowała pojęcie: „dyktatura awangardy” (właśnie tak, przez analogię do „dyktatury proletariatu”).

Mówiąc zatem o „dyktaturze babuni” chcę zwrócić uwagę Państwa na to kuriozalne zjawisko, które kiedyś podważając fundamenty sztuki klasycznej jako wstecznej i skostniałej samo ani myśli przemijać. Przecież to czysty absurd, że ta niesympatyczna i zła staruszka wciąż udaje młodą i bojową jak komsomołka panienkę, licząc sobie ponad 100 lat.

Euro-bolszewicka awangarda, która zatryumfowała w latach 20. ubiegłego wieku, mimo klęski socjalizmu jako systemu polityczno-gospodarczego w życiu narodów tej części kontynentu, na obszarze sztuki ma się fantastycznie. Ta wskrzeszona i animowana wciąż na nowo „trupięga” jest swoistym stylem totalitarnym w Europie i na świecie.

Wszystko to, co jest oficjalne i promowane jako „sztuka współczesna”, czyli ta najwyższego lotu, ma swój internacjonalistyczny, antynarodowy charakter, niezależnie od ustroju państwa, na świecie i w Polsce.

Wiem oczywiście, jak nieroztropnie jest mówić publicznie takie rzeczy, bo zdarzyło mi się doświadczyć skutków klątwy, którą obłożyli mnie po 1989 r. wszechmogący „europejczycy”. Czuję też na ustach knebel dobrych obyczajów, ale mimo wyuczonej kindersztuby i tresury w duchu otwartości i tolerancji dla postępu w sztuce, nie potrafię udawać ślepego, bo jestem malarzem. Polskim. Widzę zatem, że w kilkanaście lat po odzyskaniu niepodległości stajemy się kolonią kulturową do której eksportuje się śmieci „cywilizacji świata”. Widzę jak stajemy się pokornymi konsumentami kulturowego imperializmu państw dużych i bogatych z amerykańskim „cudem świata” na czele.

Widzę także, jak w rezultacie transformacji ustrojowej, zmian cywilizacyjnych i politycznych oraz bezradności wobec wolnorynkowej wolnej amerykanki, odczuwamy skutki tej niby-nowej sytuacji w sztuce.

„Dyktatura babuni” stała się po 1989 roku ponurym faktem w polskiej sztuce i nie ma to nic wspólnego ze zmianą warty pokoleniowej i z tym, że po nas idziecie Wy – młodzi, bo Was to też będzie dotyczyć. Według współczesnych kryteriów wszystko to, co wspiera się na umiejętności (czyli kunszcie), warsztacie, szacunku dla tradycji i na wartościach sztuk pięknych jest działaniem z marginesu, a właściwie działaniem poza obszarem tej rzekomo jedynej, „prawdziwej sztuki”. Jest jakąś peryferyjną, absurdalną fanaberią artystycznych frustratów. Dogmaty głoszone w minionym wieku, że „każdy może być artystą i wszystko dziełem sztuki”, są obowiązujące nadal. Dalej wszelka nieudolność, wszelki śmieć i wszelkie nic, bardziej wyraża według nich sens współczesności życia i sztuki, niż obraz, grafika czy rzeźba,będące dziełem ducha, wiedzy, umiejętności i talentu.

Sytuacja w Polsce jest gorsza niż na świecie, o tyle, że jak zawsze, stanowi tylko odbicie szerszego, globalnego zjawiska. Gorsza również z powodu wspomnianego już kompleksu peryferyjności i skłonności do przedrzeźniania i doganiania tego co robią „artyści świata”. Dodatkowo sytuację komplikuje z jednej strony ignorancja, z drugiej aktywność obrotnych animatorów sztuki współczesnej, nie potrafiących, lub nie chcących stworzyć własnych kryteriów, do czego gorąco i bezskutecznie namawiał Gombrowicz. („Nie próbujcie dogonić Europy. Nigdy jej nie dogonicie. Spróbujcie raczej pokazać jej niedojrzałość i stwórzcie własne kryteria. Z waszych braków nie urodzi się Braque”).

Każda niedorzeczność, każde głupstwo może stać się sztuką, a gdy to nastąpi, nie utraci nigdy swojego statusu. I tzw. środowisko plastyczne i media potulnie przyjmą do wiadomości owe „fakty artystyczne”, nie mając ani siły ani chęci, żeby wyartykułować chociaż jedno polemiczne zdanie wobec tego, co jest im narzucone. W rezultacie zjawiska świadczące o odrębności polskiej sztuki są za granicą nieznane.

W zastępstwie mamy towarzyską operatywność „naszych kreatorów awangardy” na płaszczyźnie kontaktów międzynarodowych, którzy potrafią pretensjonalne i bezmyślne paskudztwo wypromować na europejskie dzieło sztuki. A przecież polska sztuka i polscy artyści nie muszą dowodzić, że nie są gorsi od „artystów świata”. Chodzi tylko o to, aby zrozumieć, że nie ma do tego świata innej przepustki, jak identyfikacja i odrębność narodowa. Mamy tego przykłady. Muzykę Góreckiego, Kilara i Lutosławskiego. Kantora i jego „Wielopole” – galicyjską dziurę znaną chyba na wszystkich kontynentach. Filmy Munka, Kieślowskiego czy Rybczyńskiego. Do niedawna – Polską szkołę plakatu. Teatr Tomaszewskiego, Swinarskiego, Mądzika czy Teatr Gardzienice. Literaturę Mrożka, Herberta, Harasymowicza, nie zapominając na koniec o „Mazowszu” czy sztuce ludowej.'

Jeśli nie zdobędziemy się na trochę szacunku dla siebie, na chwilę szaleństwa i zachwytu nad polską sztuką, na odrobinę artystycznego „imperializmu”, wciąż będziemy dla świata „braćmi mniejszymi” ze Wschodu Europy i nie zmieni tego video-podglądactwo pani Kozyry, Koncentrationslager z klocków Lego pana Libery, prowokacje „Zachęty” ze sponiewieranym papieżem, ani ukrzyżowany fallus pani Nieznalskiej. (Na marginesie. Pomyślmy, co by zrobiono z panią Rotenberg czy Nieznalską, gdyby podobne wygłupy zaprezentowały wyznawcom Islamu, Buddyzmu czy Judaizmu tak, jak zrobiły to w tym „strasznym polsko-katolickim nietolerancyjnym ciemnogrodzie”, którego rzekomo są ofiarami?).

Chciałbym teraz zwrócić się do Was, młodych – Drogie Brojlery, rozpoczynających edukację artystyczną, bo to Wy zdecydujecie, jaka będzie sztuka przyszłości. To Wy musicie dokonać wyboru, między dyktaturą „babci awangardy”, a tym co własne, suwerenne, czyli dla awangardy peryferyjne. Czy wybieracie narzuconą „wolność zbiorową” czy własną wolność wypowiedzi?

Maciej Owsiany Sztuka między oknem a lustrem

 

Spełniać DOBRO

 

Henryk Kiereś Pedagogika a sztuka

Piotr S. Mazur Roztropność w sztuce

Marek Torbicz O alegorii i cnotach

Teresa Mazur Zima

Cezary Deneka Tradycje kawaleryjskie w II Rzeczypospolitej Polskiej

 

SZTUKA jest trudna

 

Teresa Mazur „Śpiewam dzieło snycerza”

Janina Kowalik Kaplica zamkowa w Lublinie

Elżbieta Grodzka-Łopuszyńska Muzyka narodzona w świątyni

Elżbieta Skrzypek Zasiadając w sali koncertowej…

Jacek Bartyzel „Zbawienie przez teatr?”

Piotr Libicki Miasto jako dzieło sztuki

 

WIARA poszukująca zrozumienia

 

br. Marek Urbaniak FSC Kolorem przybliżali Boga

 

SKARBIEC myśli polskiej

 

Stanisław Łempicki Wpływ literatury na polskie idee wychowawcze na przełomie dwóch wieków

 

 

 

Cywilizacyjne ROZMAITOŚCI

 

O powrocie do natury, personalizmie ekonomicznym i młodych obrońcach Krzyża („Nowe Państwo” 10/2004)

O kontrrewolucji i wizji państwa katolickiego („Pro Fide, Rege et Lege” 3/4/2004)

Polityczne łamigłówki („Nowa Myśl Polska” 44/2004)

 

 

 

Z życia INSTYTUTU EDUKACJI NARODOWEJ

 

Stanisław Kowolik Rodzina fundamentem

Aneta Piątkowska Rozważania o ethosie nauczyciela

 

 

RECENZJE

 

Piotr R. Mazur O historii – dla dzieci i młodzieży (A. Domańska, Historia żółtej ciżemki, Paziowie króla Zygmunta, Krysia Bezimienna)

Piotr R. Mazur Dylogia o grzechu i odkupieniu (W.J. Grabski, W cieniu kolegiaty; W.J. Grabski, Konfesjonał)



Cywilizacja nr 11 "O sztuce", ISSN 1643-3637, Fundacja Servire Veritati. Instytut Edukacji Narodowej, Lublin 2004, ss. 256, B5, miękka oprawa

Opinie

Na razie nie dodano żadnej recenzji.

Napisz opinię

Cywilizacja nr 11 "O sztuce"

Cywilizacja nr 11 "O sztuce"

Czym jest sztuka? Co jest istotą sztuki? Jak rozumieć piękno? Jakie są kryteria rozumnego tworzenia? Na te i na inne pytania udzielają odpowiedzi autorzy "Cywilizacji" w kolejnym, jedenastym już numerze tego pisma. Oprócz rozważań z dziedziny filozofii sztuki autorzy obejmują także refleksją problem antysztuki i jej przejawów, genezy i skutków, a także problem roztropności, czyli odpowiedzialności w sztuce oraz związek sztuki z pedagogiką. W numerze tym piszą m.in.: o. M.A. Krąpiec Od pomysłu do wykonania - dzieło sztuki, P. Jaroszyński Między pięknem transcendentalnym a estetycznym, H. Kiereś Pedagogika a sztuka, J. Bartyzel Zbawienie przez teatr?. Soteriologiczny horyzont sztuki w mesjanistycznym nurcie polskiej myśli teatralnej, Br. M. Urbaniak Kolorem przybliżali Boga, J. Duda-Gracz Rozważania na przełomie wieków, czyli o konieczności wyboru sztuki między dyktaturą babuni a niepodległością peryferii, M. Owsiany Sztuka między oknem a lustrem, P. S. Mazur Roztropność w sztuce, T Mazur Śpiewam dzieło snycerza.



Cywilizacja nr 11 "O sztuce", ISSN 1643-3637, Fundacja Servire Veritati. Instytut Edukacji Narodowej, Lublin 2004, ss. 256, B5, miękka oprawa

Produkty powiązane

Copyright © 2021 Fundacja Servire Veritati Instytut Edukacji Narodowej. Wykonanie: Nazwa.pl